Tatrzańska galaktyka

paź20
Tatrzańska galaktyka

Tatrzańska galaktyka

 

W piątkową noc przy blasku gwiazd podchodzimy Doliną Małej Zimnej Wody w kierunku Chaty Teryho. Zabawne, że gdyby tak człowiek się zgubił, a jego bezcenny GPS odmówiłby mu posłuszeństwa, to gwiazdy powiedzą mu, gdzie jest. A chwilę potem zaprowadzą go do domu. Gdy patrzę na nie widzę błyszczące, roześmiane, mrugające oczy. Wypełnione aż po brzegi pierwiastkami szczęścia. Mógłbym tak leżeć nieruchomo ze skupionym wzrokiem w nieskończoność. Może tak właśnie człowiek czuje się w raju?

 

Poranne słońce, budząc się do życia wyznacza rytm naszego dnia. Wstajemy o świcie, by chwilę później opuścić schronisko i ruszyć w głąb Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Podążamy w kierunku Śnieżnej Przełęczy, by przy końcu wschodniej ściany Lodowego Szczytu odbić w górę wprost na Ramię Lodowego. Następnie trzymając się centralnie grani, przechodząc przez Lodowego Konia, docieramy na wierzchołek. Pejzaż mimo, iż nieustannie się zmienia deklinowany przez pory roku, jesienią jest najpiękniejszy. Przez chwilę chcieliśmy się pokusić o pozostanie na szczycie do zachodu słońca, jednak prozaiczne sprawy podyktowały nam swoje warunki i podjęły tę decyzję za nas. Idziemy więc dalej granią na Lodową Kopę, skąd schodzimy do Lodowej Przełęczy i Lodową Dolinką wracamy do schroniska.

 

Czuję, że jesteśmy z górami grawitacyjnie związani ze sobą. One są moim powietrzem. Alternatywnym światem, do którego mogę uciec w każdej chwili, gdy ten mi nie wystarcza. Jednocześnie są katalizatorem, wyzwalającym wewnętrzne pokłady energii i wyrywającym na światło dzienne chęci głęboko we mnie drzemiące. Gdyby moje życie było równaniem kwadratowym, jego delta musiałaby być dodatnia, tak by mieć dwa pierwiastki rzeczywiste. Jeden byłby tym górskim, a drugi nizinnym. I tak jak charakteryzują każdą funkcję kwadratową, tak samo byłyby wyróżnikiem mojego życia.

 

Na niedzielę planujemy sięgnąć dwóch kolejnych tatrzańskich gwiazd. Wyruszamy skoro świt w stronę żlebu spadającego z Małej Durnej Przełęczy. Stamtąd kierujemy się w górę po południowo-wschodniej grani, osiągając wierzchołek Małego Durnego Szczytu. Schodząc obchodzimy Durną Igłę, by wyjść na Przełęcz Pawlikowskiego, skąd dwadzieścia minut później docieramy na Durny Szczyt. Tatrzańska Królowa - Łomnica zdaje się być już na wyciągnięcie ręki. Odnajdujemy ring zjazdowy i po ok. 40 m meldujemy się na Klimkowej Przełęczy. Dalej trzymając się już drogi Jordana trawersujemy Poślednią Turnię, następnie Małą Poślednią Turniczkę i dochodzimy na Przełączkę pod Łomnicą. Jeszcze kilka kroków w górę i wyrasta przed nami spionowany Komin Franza, bogaty w klamry i łańcuchy. Wyprowadza nas na wypłaszczającą się grań, by po kilku minutach stanąć na szczycie Łomnicy. Trzecia gwiazda osiągnięta. Czuję, że żyję z całych sił, że ponowne uruchomienie siebie nastąpiło i mogę oczyszczony śmiało wracać na niziny.

 

Inkowie wierzą, że każdy człowiek ma swoją gwiazdę, uzasadniającą jego istnienie. Mam nadzieję, że moja leży gdzieś w tatrzańskiej galaktyce. Wracając na ziemię, każdorazowo pozostają nam wspomnienia jak słońce palące i zatrzymane już na wieki w kadrach aparatu chwile. I oby to cyklicznie powtarzające się koło mojego tatrzańskiego wędrowania nigdy się nie kończyło.

 

 

Tekst: Łukasz Mucha

Fotografia: Rafał Raczyński

paź  20